|
Z gitarowym arcydziełem – to nieco mylący tytuł dzisiejszego koncertu, bo gitarowe dzieła są w nim aż trzy. Czy mogło być inaczej, skoro zaprosiliśmy do niego arcymistrza gitary, laureata kilkudziesięciu konkursów gitarowych w Polsce i na świecie – Łukasza Kuropaczewskiego? Kiedy w 2003 roku ukończył wrocławską Akademię Muzyczną, spotkało go wyróżnienie wielkiego kalibru: do swojej ekskluzywnej klasy w Peabody Conservatory of the Johns Hopkins University w amerykańskim Baltimore zaprosił młodego Polaka sam Manuel Barrueco. Po trzech latach indywidualnych lekcji mistrz stawia Łukaszowi Kuropaczewskiemu najwyższe oceny i zaprasza go do udziału w dokumentalnym filmie „Manuel Barrueco – talent i życie”. Skoro tak, trudno nie wykorzystać pełniej wizyty gościa, zwłaszcza gdy zgodził się objawić nam swoje mistrzostwo, muzykalność i talent w interpretacjach utworów, które utrwalił już na płytach. Zwieńczeniem tej gitarowej uczty stanie się zaś młodzieńcze arcydzieło Wolfganga Amadeusa Mozarta. Jego Wiedeń, miasto i innych wielkich klasyków – Josepha Haydna i Ludviga van Beethovena, skupiał także sławnych gitarzystów, odkąd Simon Molitor (1766-1848) wyniósł gitarę do godności instrumentu artystycznego, w salonach wiedeńskich zajmującego swoje miejsce obok innych cenionych instrumentów. Osiadł w Wiedniu po podróży po Włoszech, które pod koniec XVIII wieku stały się kolebką artystycznej muzyki gitarowej; doskonałe gitary budowali tam tej sławy lutnicy, co Stradivarius i Guadagniani. W 1807 roku osiadł w Wiedniu Mauro Giuliani.
Mauro Giuliani (1781 – 1829)
Urodzony w Bisceglie w prowincji Bari, Mauro Giuliani (1781-1829) zanim stał się jednym z najwybitniejszych gitarzystów swej epoki, uczył się gry na skrzypcach i wiolonczeli. Poznawał też tajniki kompozycji. Miał 16 lat, gdy napisał mszę, której wykonanie przyniosło mu uznanie i sławę. Najważniejszymi w jego spuściźnie pozostają wszak kompozycje – blisko 200 – gitarowe. Ludwig van Beethoven po usłyszeniu Giulaniego-giatarzysty miał powiedzieć: Gitara sama dla siebie jest miniaturową orkiestrą. Wiedeński krytyk Eduard Hanslick w jakiś czas po śmierci Giulaniego pisał: Gitara jako instrument koncertowy zyskała niezwykłe powodzenie dzięki Mauro Giulaniemu, wyśmienitemu kompozytorowi i wirtuozowi na tym ograniczonym skądinąd instrumencie. (…) Rozwinął on na gitarze niepojęte wirtuozostwo w wielogłosowej grze w pozycjach, napisał również wielką ilość kompozycji na gitarę solo lub z akompaniamentem. Był też pedagogiem. Do grona jego wiedeńskich uczniów należeli m.in. sławni gitarzyści polscy, Jan Nepomucen Bobrowicz i Feliks Horecki. W Wiedniu który opuścił w 1819 roku, muzykował m.in. z Johannem N. Hummlem, Josefem Maysederem czy Ignacym Moschelesem, przyjaźnił się z Josephem Haydnem i Ludwigiem van Beethovenem. Po powrocie do Włoch przyjacielskie więzy łączyły Maura Giulianiego z Gioacchinem Rossinim. Też wspólnie muzykowali. W latach 1820-1828 Mauro Giuliani skomponował serię sześciu fantazji na gitarę solo, czerpiących motywy z oper przyjaciela. Posłużył się w nich lubianą przez siebie, a kiedy był Wiedniu – tam bardzo popularną, formą wariacyjną (temat – wariacja). Trzecią Rossinianę zainspirowały: duet Un soave non so che z „Kopciuszka”, arioso Eleny Oh mattutini albori! z „Pani jeziora”, Questo vecchio maledetto z „Turka we Włoszech”, Sorte! Secondami z „Zelmiry” i Cinto di nuovi allori z „Ricciarda i Zoraidy”.
Isaac Albéniz (1860 – 1909)
Ten utwór skomponowany został na fortepian, ale kiedy jego twórca, pianista, uczeń Ferenca Liszta, usłyszał go kiedyś w wykonaniu reformatora gry gitarowej, który położył podwaliny jej współczesnego brzmienia, Francisca Torregi (1852-1909), miał oświadczyć, że wersja gitarowa przewyższa fortepianową. Isaac Albéniz (1860-1909) artystyczna działalność rozpoczął jako koncertujacy pianista. Był jednym z najwybitniejszych wirtuozów swej epoki, znakomitym improwizatorem. W twórczości kompozytorskiej łączył narodowe pierwiastki hiszpańskie z osiągnięciami muzyki europejskiej, zwłaszcza kręgu francuskiego. Zapoczątkował w muzyce hiszpańskiej kierunek narodowy, który później kontynuowali Enrique Granados, Manuel de Falla i Jouquin Turina. Jako pianista zadebiutował w wieku czterech lat koncertem w barcelońskim Teatro Romeo. Miał siedem lat, gdy wyjechał na naukę do Paryża, którą kontynuował w konserwatorium w Madrycie. Dziesięcioletni – uciekł z domu: koncertował w różnych prowincjach Hiszpanii i podczas awanturniczej podróży po Ameryce Południowej w Argentynie, Urugwaju i Brazylii. Wrócił do Hiszpanii w 1873 roku, ale nie na długo. Występował i wciąż uczył się, w konserwatorium w Lipsku, u Liszta w Budapeszcie, w Brukseli dzięki królewskiemu stypendium Alfonsa XII. Kontrakt z londyńskim bankierem zaowocował skomponowaniem kilku pieśni i oper do jego tekstów i librett. Ciągle w podróżach, najlepsze swoje dzieło, fortepianowy cykl Iberia skomponował w ostatnich latach życia, gdy był już nieuleczalnie chory. Asturias z I Suity hiszpańskiej na fortepian op. 47 (1886) wykorzystał też kompozytor jako Prélude – pierwsze ogniwo fortepianowych Chants d’Espagne op. 232 (1897). Francisco Torrega objawił kompozytorowi gitarowe piękno tego dzieła.
Joaquin Rodrigo (1901 – 1999)
Zdaniem hiszpańskiego muzykologa Federica Sopena nie ma w całej muzyce hiszpańskiej utworu, który zawierałby więcej folkloru, równocześnie z tak wielką doskonałością formy. To gitarowe arcydzieło jest jednym z najczęściej przytaczanych przykładów oryginalnej muzyki hiszpańskiej. W dorobku Joaquina Rodriga (1901-1999), ociemniałego w czwartym roku życia podczas epidemii błonnicy, jest utworem sztandarowym, który niespełna czterdziestoletniemu kompozytorowi przyniósł ogromne uznanie na całym świecie. Dzieło zdradza ogromną wrażliwość kompozytora na zdarzenia wypełniające jego życie. Piękno Hiszpanii i szczęście wielkiej miłości wybitnej pianistki, pochodzącej z Turcji Victorii Kamhi, która po ślubie w styczniu 1933 roku zrezygnowała z własnej kariery artystycznej, poświęcając się wspieraniu muzycznej działalności męża przeciwstawione tu zostały emocjom związanym ze śmiercią nienarodzonego dziecka i bardzo ciężką chorobą żony. Ukończony w 1939 roku, a w następnym przedstawiony po raz pierwszy w Barcelonie, utwór powstał dla Regino Sainza de la Manza po spotkaniu Joaquina Rodriga z tym wybitnym gitarzystą hiszpańskim. Kto wie, czy tez dlatego nie jest to jeden z najtrudniejszych koncertów napisanych na gitarę. Nie przeszkodziło to, by stał się koncertem najczęściej przez gitarzystów nagrywanym. W Aranjuez, słynnym z letniej rezydencji hiszpańskich władców z dynastii Burbonów, 50 kilometrów na południe od Madrytu Victoria i Joaquino Rodrigowie spędzali swój miesiąc miodowy. Nie dziwi zatem radosna atmosfera pierwszej części Concierto de Aranjuez – Allegro co spirito. Nadrzędną rolę pełni tu rytmika. Charakterystyczne rasguenda – wydobywanie wielu dźwięków jednym z palców prawej ręki, szarpiąc bardzo energicznym ruchem kilka kolejnych strun, szybkie gamki, płynne przechodzenie między partiami gitary i orkiestry przenoszą słuchaczy w dźwiękowy świat Półwyspu Iberyjskiego. Druga część jest forma elegijnego dialogu pomiędzy gitarą i solowymi instrumentami: rożkiem angielskim, fagotem, obojem i innymi. Melancholijne, rozlewne Adagio ma nastrój całkowicie odmienny od pierwszej części utworu. Pisał je kompozytor w chwili, gdy ogromnie przeżywał ciężką chorobę żony i utratę nienarodzonego dziecka. Nieprzerwany i głęboki puls utrzymuję budowę tej części utworu, opartej na bardzo lirycznym i ekspresyjnym temacie, przetwarzanym i rozwijanym w sposób ewolucyjny. Po szerokich solach gitary orkiestra prezentuje pełna patosu kulminację, po której następuje wyciszenie. Radosny nastrój powraca w trzeciej części utworu – Allegro gentile. Przywołuje ona ludowy taniec, którego kombinacja dwu- i trójdzielnych taktów utrzymuje żywe tempo do samego końca. Gitarowe solo na początku podaje główną myśl tego finału, mającego budowę ronda i wymagającego od solisty dużej sprawności. Dodatkowej żywiołowości przydać jej mogą mistrzowskie popisy techniczne. Joaquin Rodrigo swoim koncertem przywraca od czasów Maura Giulianiego zapomniany gatunek koncertu gitarowego. Po nim sięgać będą do niego następni.
Wolfgang Amadeus Mozart (1756 – 1791)
Nie miał dziesięciu lat, ale już w swoim dorobku miał trzy symfonie. Komponował je przez niemal całe życie. Do naszych czasów zachowało się ponad czterdzieści. Jedną z najpiękniejszych i najciekawszych w twórczości młodego Wolfganga Amadeusa Mozarta (1756-1791) jest skomponowana na początku 1774 roku w Salzburgu Symfonia A-dur KV 201. Stosunkowo krótkie dzieło przepojone jest pogodną atmosferą, chwilami okraszoną lirycznym westchnieniem. W porównaniu z wcześniejszymi symfoniami widać w niej dążenie do zintegrowania czterech części cyklu i większą samodzielność instrumentów dętych, pogłębiających wraz z pracą kontrapunktyczną bardziej ważkie tematy. Energiczną część pierwszą – Allegro moderato rozpoczynają smyczki i zaraz ich piękne wejście powtarza cała orkiestra. Imitacyjne ożywienie ochrania tę muzykę przed czystą dekoracyjnością, pogłębia ją. Skrzypce wydają się tu uduchowione, instrumenty dęte – pozbawione krzykliwości. Andante, drugie ogniwo też oddaje nowego, pogłębiającego ducha tej symfonii. Ukształtowane subtelnie na wzór kwartetu smyczkowego, wzbogacił kompozytor tylko dwiema parami instrumentów dętych. Rogi i oboje małymi, ale indywidualnymi zadaniami wnoszą do tej części akcenty nie pozbawione humoru. W niezwyczajnym piano pojawia się główny temat trzeciej części Symfonii. To pełen gracji i rytmem silnie punktowany Menuet, który kontrastuje wdzięk i niemal beethovenowską gwałtowność. W finałowym Allegro co spirito główny temat przeprowadzany jest w dialogu głosów niskich i wysokich. Wielką uwagę przykuwa tu przetworzenie, najbogatsze i najbardziej dramatyczne w dotychczasowej twórczości Wolfganga Amadeusa Mozarta. Marek Skocza
Wykorzystanie zamieszczonych na stronie materiałów jest możliwe z zachowaniem praw autorskich.
|